close

"Tutaj radni nie siedzą za biurkiem, tylko biegają i pomagają ludziom. Myślę, że byłabym w tym dobra."

 

 


Mieszkam w Wielkiej Brytanii od 15 lat. Przyjechałam jeszcze przed wejściem Polski do Unii Europejskiej, więc musiałam wcześniej uzyskać pozwolenie na pracę. Tamten roczny kontrakt przedłużył się do dzisiaj. (śmiech)

Wcześniej pracowałam na stanowisku menedżerskim w hotelu Orbisu w Bielsko-Białej, a tutaj trafiłam na kuchnię. Przez pierwsze trzy miesiące to był szok, płacz każdej nocy i pytanie: co ja tutaj robię?

Przez pierwsze siedem lat pracowałam w gastronomii i każdy, kto przez to przeszedł wie, jaka to męka. 60-70 godzin pracy tygodniowo, zero świąt, żadnych wolnych weekendów. W pewnym momencie zdałam sobie sprawę z tego, że muszę z tym coś zrobić, bo nie da się tak żyć na dłuższą metę.

Muszę jednak przyznać, że przyjęto mnie tutaj bardzo ciepło. Mieszkałam w domu pracowniczym i koledzy przynieśli mi nawet telewizor, żebym osłuchała się z językiem. Wtedy jeszcze nas tu prawie nie było, więc każde pojawienie się Polaka lub Polki było traktowane jak zjawisko.

Pomimo tego postanowiłam się przekwalifikować i zaczęłam szukać pracy w księgowości. Znalazłam polskie biuro księgowe w Londynie i jeźdźiłam tam raz w tygodniu na bezpłatne praktyki, byle tylko przyuczać się do zawodu. Później zrobiłam niezbędne kwalifikacje i wreszcie zaczęły się pojawiać możliwości zdobycia innej pracy.

Z dnia na dzień rzuciłam pracę w hotelu, bo wiedziałam, że to błędne koło i pracując w gastronomii nie mam szansy na rozwój osobisty. Po pół roku znalazłam pierwszą pracę w dziale kadr, ale później przyszła recesja i byłam pierwsza do zwolnienia.

Wkrótce później koleżanka odchodziła z pracy jako sprzątaczka w Hertford College na Oksfordzie i zaproponowała, żebym przejęła stanowisko po niej. Przepracowałam pół roku na tym stanowisku, kiedy zaczęli szukać księgowej. Zaskoczyłam ich, zgłosiłam się, miałam trochę szczęścia i dostałam pracę. Teraz jestem tam piąty rok.

Wtedy zaczęłam mieć trochę czasu, żeby poświęcić się pracy społecznej. Zaczęliśmy od dobrej polskiej potańcówki, na którą przyszło sporo osób i mieliśmy nawet symbolicznych sponsorów po 10 funtów. Po wydarzeniu zostało nam trochę w kasie - i tak założyliśmy Oxford Polish Association.

Było nas chyba pięć założycielek - same kobiety. Mężczyźni nas dopingowali. My chciałyśmy działać, a oni nam nie przeszkadzali. (śmiech)

Myślę, że Polskę najlepiej pokazywać przez naszą kulturę i tradycję, które - czy to bożonarodzeniowe czy wielkanocne - są dla nich absolutnie fascynujące. Tłumaczyłam im, że mamy 12 potraw, opłatek, siano, puste miejsce przy stole - byli zdumieni. Ostatnio na Tłusty Czwartek przyniosłam im polskie pączki. Wszystkie zjedli.

Ale pamięć o polskich świętach nie wyklucza obchodzenia brytyjskich. W listopadzie zawsze noszę pięknego maka, upamiętniając brytyjskich weteranów i Rememberance Sunday. Wiele osób zwraca na to uwagę i cieszą się, że obchodzimy to razem.

Od niedawna jestem też w radzie osiedla. Od miesięcy mnie namawiali, żeby się zaangażować, bo wiedzą, że w Oxford Polish Association - wbrew nazwie - pracujemy nie tylko z Polakami. Nie interesuje nas narodowość, ale to, że mieszkamy razem i jesteśmy jedną społecznością na Blackbird Leys.

Gdzie jest mój dom? Tutaj, w Oksfordzie. Myślę, że w pełni zdałam sobie z tego sprawę po tym, kiedy kupiliśmy tutaj dom. Wtedy poczułam, że jesteśmy na swoim. Teraz ze względu na Brexit chcę przyjąć też brytyjskie obywatelstwo: niby rząd obiecuje, że wszystko będzie dobrze, ale kto wie, co się wydarzy za trzy, pięć, dziesięć lat.

Wszyscy się zastanawiają, czy będą mogli zostać i jak będzie wyglądało prawo migracyjne, a ja myślę o czymś innym: czy nadal będę mogła kandydować w wyborach lokalnych. Chciałabym być radną, ale nie z jakiejś partii - po prostu, jako niezależna kandydatka, służąca naszej społeczności. Tutaj radni nie siedzą za biurkiem, tylko biegają i pomagają ludziom.

Myślę, że byłabym w tym dobra.

 

 

Zdjęcie: Jadwiga Brontē

Tekst: Jakub Krupa
 

© 2012 Ministerstwo Spraw Zagranicznych