close

Joanna Młudzińska

"Coraz większy nacisk stawiamy w POSK na promowanie Polaków i polskiej kultury wśród Brytyjczyków, próbując konfrontować stereotypy i pokazywać pozytywny wizerunek społeczności. W obliczu brexitu wydaje mi się to potrzebne bardziej niż kiedykolwiek wcześniej."
 

 

 

Moi rodzice poznali się w trakcie wojny w Szwajcarii, gdzie tata był w obozie internowania po wycofaniu z Francji. Później stamtąd uciekł, ponownie dołączył do polskich wojsk i w ten sposób przedostał się do Szkocji. Po wojnie, w scenie wprost z komedii romantycznej, wsiadł na motocykl i postanowił przyjechać do Londynu, żeby odnaleźć mamę, która w międzyczasie dotarła tam przez Francję i Portugalię.

 

Na szczęście odnalazł - i stąd wzięłam się ja.

 

Polski Londyn wówczas był stosunkowo mały w porównaniu z tym, jaki jest teraz, ale już wtedy funkcjonowały ośrodki parafialne, Ognisko Polskie z życiem kulturalno-towarzyskim oraz zespoły taneczne i teatralne.

 

Mój ojciec był od zawsze zaangażowany w polskie organizacje społeczne. Zajmował się przede wszystkich pomocą dla weteranów, pomagając im znaleźć pracę, bo wielu z nich miało tutaj bardzo ciężko.

 

Dobrym przykładem był mój dziadek, który przed wojną był ostatnim marszałkiem Senatu II RP - a tutaj pracował na nocnej zmianie w fabryce ciastek. Tam był zwykłym pracownikiem, a wśród Polaków wciąż go przyjmowano z honorami. (śmiech)

 

Zawsze mówię, że jestem Polką, ale urodzoną w Wielkiej Brytanii. Dzięki temu doświadczałam obu kultur: w domu zawsze rozmawialiśmy po polsku i mieszkaliśmy na Ealingu, gdzie było wiele polskich rodzin, ale jednocześnie korzystaliśmy z tego, co oferuje życie w Londynie.

 

Pierwszy raz wybrałam się do Polski w 1961 roku, jak miałam jedenaście lat. Za zgodą rodziców pojechałam - sama! - do Harwich, skąd statkiem przeprawiłam się do Hook of Holland, a tam wsiadłam do pociągu do Moskwy, który jechał przez Warszawę. Na dworcu witało mnie chyba ze 25 osób, których nigdy wcześniej nie poznałam: rodzina bliższa i dalsza, ciocie i wujkowie.

 

Po drodze pamiętam, jak staliśmy na moście w Berlinie, a strażnicy z karabinami i psami sprawdzali wagony. Ten obraz został ze mną na lata: z jednej strony oświetlony, zachodni Berlin, a z drugiej strony ciemna, wschodnia część miasta.

 

Podczas mojego pobytu w Polsce postawiono mur berliński. Dla mnie wtedy, nieświadomej geopolitycznego znaczenia tej decyzji, to była wielka uciecha, że może zostanę dłużej na wakacjach i nie będę musiała wracać do szkoły. Ale pamiętam, jak wiele osób było przerażonych i skupowało mąkę czy cukier, obawiając się eskalacji konfliktu między Wschodem a Zachodem.

 

Po studiach dołączyłam do British Council, gdzie wciąż szukałam tego, co dokładnie chcę robić. W wyniku zbiegu okoliczności i łutu szczęścia padło na to, że – wbrew humanistycznemu wykształceniu - zajęłam się wdrażaniem nowych systemów informatycznych i szkoleniem naszych kadr na całym świecie. Gdziekolwiek nie pojechałam, imponowało mi, w jaki mądry sposób działają i promują brytyjską kulturę.

 

W życie polonijne zaangażowałam się przez teatr. Grałam, gdzie tylko się dało: zaczynając na studiach, a później w polskiej awangardowej grupie artystycznej Pro Arte. W 1984 roku przejęłam też prowadzenie teatru dla dzieci Syrena.

 

Polski Londyn mógł się wtedy pochwalić silną sceną teatralną: mieliśmy wielu przedwojennych aktorów i reżyserów działających w ramach Związku Artystów Scen Polskich (ZASP) i piękny teatr w Ognisku Polskim. W latach 70. powstał Polski Ośrodek Społeczno-Kulturalny (POSK) i życie kulturalne przeniosło się na Hammersmith.

 

Działalność polskiego teatru była zawsze ważnym elementem budowania Polski poza Polsk – szczególnie dla urodzonych w Wielkiej Brytanii dzieci, żeby wykształcić w nich przywiązanie do odległej Polski. Pamiętam, jak pracowaliśmy z przedwojennymi aktorami, którzy mieli piękną dykcję z najlepszych teatrów ze Lwowa czy Wilna, a my, dzieciaki, mówiliśmy po polsku z naszym nieporadnym londyńskim akcentem.

 

Teraz sytuacja jest inna. Kiedyś Syrena była "teatrem na kółkach", bo nie miała stałej siedziby i tylko jeździła po parafiach i szkołach sobotnich, rozstawiając zaimprowizowaną scenografię. Teraz całe autokary zjeżdżają do naszego teatru w POSK.

 

W ostatnich latach coraz większy nacisk stawiamy w POSK na promowanie Polaków i polskiej kultury wśród Brytyjczyków, próbując konfrontować stereotypy i pokazywać pozytywny wizerunek społeczności. W obliczu brexitu wydaje mi się to potrzebne bardziej niż kiedykolwiek wcześniej.

 

Zdjęcie: Jadwiga Brontē

Tekst: Jakub Krupa

© 2012 Ministerstwo Spraw Zagranicznych