close

"Kiedy ktoś mnie przedstawia jako brytyjskiego przedsiębiorcę, grzecznie dziękuję i z uśmiechem przypominam: jestem z Polski."

 

 

 

Przyjechałam do Londynu sześć lat temu, mając 24 lata. Londyn nie był pierwszym miejscem, do którego wyjechałam z Krakowa - mając 18 lat pracowałam jako kelnerka w Dublinie, a poźniej mieszkałam w Nowym Jorku.

 

Moje londyńskie początki były skromne: pokój w mieszkaniu na Stratford z ośmioma innymi osobami z całego świata, które szukały tutaj swojego szczęścia. Wspominam te pierwsze miesiące tak sobie: paskudna pogoda, zimno, szaro, drogo, ciężka praca. Myślałam o powrocie do Stanów, ale poznałam odpowiednie osoby i tak narodziło się Azimo - platforma do przesyłania pieniędzy za granicę, która stanowi alternatywę dla banków i Western Union, które od pokoleń zdzierały obrzydliwe sumy z ciężko pracujących imigrantów, w tym mnie.

 

W grudniu ubiegłego roku po pięciu latach zrezygnowałam z bieżącego zarządzania firmą po tym, jak zebraliśmy ponad 50 milionów dolarów finansowania i pozyskaliśmy ponad milion klientów na całym świecie, zatrudniając 140 osób w Londynie i Krakowie. Poczułam, że moje marzenie zostało zrealizowane.

 

Nie było jednak łatwo. Budując firmę w branży fintech setki razy byłam jedyną kobietą w pokoju. Plusem było to, że zawsze byłam widoczna: na tle głównie białych mężczyzn w średnim wieku byłam bardzo charakterystyczna, a moim pracownikom - często też migrantom - łatwiej było się utożsamiać się z moją historią. Wiedzieli, że nasze doświadczenie Londynu jest podobne.

 

Z drugiej strony regularnie spotykałam się w branży z codziennym seksizmem, kiedy byłam brana za sekretarkę, partnerkę wspólników albo ktoś prosił mnie o zrobienie kawy. Bycie kobietą i imigrantką niesie ze sobą pewne niedogodności: na wszystko musisz pracować trochę bardziej – lub znikniesz.

 

To wszystko nie uniemożliwia sukcesu, ale warto pamiętać, że kosztuje nas dużo wysiłku. Często zastanawia mnie, ile fantastycznych kobiet z powodu tych trudności - a nie braku talentu czy chęci - nie dotarło w swojej karierze tam, gdzie mogły. 

 

Jak z tym walczyć? Aktywnie - a w tej walce potrzebujemy i kobiet, i mężczyzn. Pilnujmy się nawzajem, że gdy mówimy o zatrudnianiu nowego dyrektora, to niekoniecznie musi być “on”, a nowe stanowisko asystenckie niekoniecznie musi być nazwane “asystentką”. 

 

Jestem bardzo dumna, że często mogę w brytyjskiej debacie publicznej reprezentować obie grupy: kobiety i Polaków. Dwa lata temu znalazłam się na liście Forbesa “30 under 30”, a w ubiegłym roku w zestawieniu najbardziej wpływowych Londyńczyków Evening Standard - jako chyba jedyna Polka.

 

To, co mnie szczególnie bawi to fakt, że wraz z sukcesem nagle stałam się dla niektórych częścią grupy “my, Brytyjczycy”, a nie “oni, migranci”. Kiedy ktoś mnie przedstawia jako brytyjskiego przedsiębiorcę, grzecznie dziękuję i z uśmiechem przypominam: jestem z Polski.

 

Teraz pracuję nad dwoma nowymi projektami, a jednocześnie doradzam startupom w Polsce i Wielkiej Brytanii oraz pracuję z przedsiębiorcami - od technologicznych rozwiązań w medycynie przez finansową niezależność kobiet w Indiach do popularyzowania sztuki artystów LGBTQ+ w Londynie. Piszę i występuję na konferencjach o demokratyzacji szans, zwłaszcza w kontekście kobiet i mniejszości.

 

Gdzie jest dom? Gdy przyjechałam do Londynu, planowałam zrobić karierę i wrócić do Nowego Jorku. Dzisiaj wiele osób zachęca mnie do takiego kroku, ale ja czuję, że moje miejsce jest w Europie. To tutaj jest ten polsko-brytyjski most, wokół którego zbudowałam swoje życie. Wszędzie indziej dolecę samolotem.

 

Zdjęcie: Jadwiga Brontē

Tekst: Jakub Krupa

© 2012 Ministerstwo Spraw Zagranicznych