close

"Najwspanialsze są te momenty, kiedy wchodzę do pacjentów do domu i widzę ożywiony na nowo błysk w oku, który wydawał się być już zupełnie przygaszony przez chorobę. Wtedy wiem, że to co robimy ma sens."
 

 

 

Jestem w Wielkiej Brytanii od 1994 roku. Po skończeniu studium pomaturalnego w Otwocku postanowiłam wyjechać na rok, żeby nauczyć się jezyka. Z tego roku zrobiły się teraz 24 lata i całe moje życie zawodowe.

 

Pamiętam stres związany z pierwszym przyjazdem, jeszcze przed członkostwem w Unii Europejskiej. Musiałam uzyskać pozwolenie na pracę, stać na granicy. Jechaliśmy autobusem na stację Victoria, a kierowca zgubił się po drodze gdzieś w Niemczech i łącznie zajęło nam to prawie 40 godzin.

 

Wtedy jeszcze nie było nostryfikacji dyplomów i wzajemnego uznawania kwalifikacji, więc na moje zapewnienia o wykształceniu patrzono trochę z przymrużeniem oka. Robiłam więc co mogłam: hotele, restauracje, sprzątanie w domach. Do dzisiaj zastanawiam się, skąd brałam na to energię.

 

Dopiero po wejściu Polski do Unii Europejskiej w 2004 roku mogłam wreszcie zacząć szukać pracy w branży, w której chciałam pracować. Szybko trafiłam do prywatnej firmy, która zajmowała się ustabilizowanymi osobami niepełnosprawnymi w ich domach, oferując im profesjonalną opiekę i wsparcie.

 

Szczerze mówiąc, wtedy nie wiedziałam nawet, że coś takiego istnieje. W Polsce funkcjonowała w najlepszym wypadku pielęgniarka środowiskowa i tyle. Tutaj to jest jednak rozwiązane bardziej systemowo i wspierane przez NHS, które wychodzi ze słusznego założenia, że to przyniesie więcej korzyści niż długotrwałe przetrzymywanie takiej osoby w szpitalu.

 

Dzisiaj sama mam taką firmę - Amber Healthcare Services - i kierujemy się prostym hasłem: wybierz życie. Powtarzamy naszym podopiecznym, że niepełnosprawność nie oznacza końca świata. Wielu z nich świat się zawalił w wyniku choroby, ale wciąż możemy - powinniśmy - zrobić wiele, ile się da, aby przywrócić ich do życia.

 

Lata zbierania doświadczenia w innych firmach okupiłam swoim zdrowiem, ale paradoksalnie miałam ciągłe wsparcie ze strony naszych klientów, którzy namawiali mnie na coś swojego. Szczególnie uparty był jeden Brytyjczyk, który od początku zapowiadał, że jak tylko ruszymy i dostaniemy wszystkie licencje to on się przenosi pod naszą opiekę. Jest bardzo schorowany - ma wrodzoną łamliwość kości, jest po wylewie, z tracheotomią i na wózku - ale pamiętam wzruszenie, jak wystukał na telefonie: przechodzę do Was.

 

Wiele osób zawsze mówi, że trudno jest zacząć własną firmę bez znajomości w odpowiednich miejscach. My jak zaczynaliśmy to też ich nie mieliśmy: mogliśmy liczyć na jednego klienta, paru pracowników i górę dobrej woli. Dzisiaj mamy 10 stałych pacjentów i 50 pracowników, którzy regularnie odwiedzają ich w domach.

 

Czasami są takie wyjątkowe momenty, które zostają z nami na lata. Rok temu przejęliśmy pacjentkę z objawami choroby Parkinsona, która przez ostatnie pięć lat siedziała głównie w domu: łóżko, rozkładany fotel i tyle. Przejęliśmy ją, wyprowadziliśmy z infekcji, zadbaliśmy, a ostatnio z naszą pomocą odwiedziła swoją siostrę w pracy. Spłakały się obie z wzruszenia jak bobry - ale dla nas to był jasny sygnał: da się.

 

Innym przykładem jest ten nasz schorowany Brytyjczyk, który przed świętami oznajmił nam, że chce jechać na ślub jednej ze swoich byłych opiekunek. Kiedy spytaliśmy jak zamierza jechać, odpowiedział: to już nie jest mój problem, ale Twój.

 

Wymyślaliśmy więc, jak logistycznie zorganizować przejazd mężczyzny, który nie może latać samolotem, niezbyt mówi i musi być wyjątkowo ostrożnie przewożony, maksymalnie po kilka godzin w ramach jednej sesji - ale się udało. Od tamtej pory był już w Polsce więcej niż raz.

 

Myślę, że to może być coś kulturowego, co sprawia, że Polacy są tak często dobrymi opiekunami.

 

W polskich rodzinach zawsze była tradycja dbania o starszych w rodzinie i opiekuńczości, szukania wsparcia od najbliższych, a nie pospiesznego oddawania do domów opieki. Staramy się to też pokazywać naszym klientom: że często nie trzeba kogoś tam kierować, bo nawet schorowani zazwyczaj mogą przy odpowiednim wsparciu sobie radzić w domu, który kochają.

 

Najwspanialsze są te momenty, kiedy wchodzę do nich do domu i widzę ożywiony na nowo błysk w oku, który wydawał się być już zupełnie przygaszony przez chorobę. Wtedy wiem, że to co robimy ma sens: nasi pacjenci wybierają życie, a my im w tym pomagamy.

 

Zdjęcie: Jadwiga Brontē

Tekst: Jakub Krupa

© 2012 Ministerstwo Spraw Zagranicznych